|
poniedziałek, 16 listopada 2009
Brawo dla Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów za szybką i konkretną reakcję na kolejny popis arogancji prezydenta Kaczyńskiego. Tutaj może podpisać się każdy, kogo oburzają te słowa Lecha Kaczyńskiego: "Nikt w Polsce nie przyjmie do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży. Nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej tak. W Polsce - nie". Prezydent z uporem nie przyjmuje do wiadomości, że są ludzie myślący inaczej niż on sam (i jego brat). Warto pomóc Panu Prezydentowi w poszerzaniu horyzontów. W ciągu jednego dnia pod listem PSR podpisało się prawie 2 tys. osób. Oby tak dalej.
czwartek, 10 września 2009
W dzisiejszym "Dużym Formacie" lektura przygnębiająca, ale absolutnie obowiązkowa - "Bierz cukierka i milcz", o "niewolnikach Kościoła". Reportaż Katarzyny Surmiak-Domańskiej (oparty w znacznej mierze na książce Mary Raftery "Suffer the Little Children") jest anonsowany na pierwszej stronie jako tekst o "największym skandalu w historii Kościoła katolickiego w Irlandii", ale jest oczywiste, że sprawa ma wymiar wykraczający poza granice Irlandii. W dzisiejszym "Dużym Formacie" lektura przygnębiająca, ale absolutnie obowiązkowa - "Bierz cukierka i milcz", o "niewolnikach Kościoła". Reportaż Katarzyny Surmiak-Domańskiej (oparty w znacznej mierze na książce Mary Raftery "Suffer the Little Children") jest anonsowany na pierwszej stronie jako tekst o "największym skandalu w historii Kościoła katolickiego w Irlandii", ale jest oczywiste, że sprawa ma wymiar wykraczający poza granice Irlandii.
Tekst jest na razie niedostępny w internecie, ale krótkie streszczenie daje wyobrażenie o rozmaiarach skandalu:
W maju 2009 roku Kościół katolicki w Irlandii przeżył największe upokorzenie w swojej sięgającej V wieku historii. Specjalna komisja pod kierownictwem sędziego Seana Ryana, powołana dziewięć lat temu do zbadania nieprawidłowości w tzw. szkołach zawodowych (industrial schools) prowadzonych przez Kościół, opublikowała końcowy raport. Wynika z niego, że 250 placówek, które przez lata funkcjonowały w świadomości Irlandczyków jako azyle dla zaniedbanych dzieci, było w rzeczywistości siedliskami sadyzmu, którego dopuściło się ponad 800 członków męskich i żeńskich kongregacji zakonnych. Już 12 tysięcy ofiar molestowania przez zakonników odebrało odszkodowania i zobowiązało się do dyskrecji.
800 przestępców w habitach, 12 tysięcy ofiar. Nie będę epatować czytelników opisami szykan, bicia, molestowania i brutalnych gwałtów (fizycznych i psychicznych), jakich siostry i bracia w Chrystusie dopuszczali się w tych ośrodkach, z których wiele zasługiwało z pewnością na mianę katowni. Nawet jeśli przyjmiemy, że niektóre ofiary wyolbrzymiają doznane cierpienia albo nawet je zmyślają (by wyłudzić większe odszkodowanie), skala zjawiska pozostanie i tak ogromna. Myślę, że żaden uczciwy człowiek nie może chować się w takim wypadku za formułkami typu "odosobnione przypadki", "zawsze znajdą się czarne owce" itp. Na mnie największe wrażenie zrobiły nie tyle opisy szykan, co to zdanie wypowiedziane przez Toma Hayesa (podopiecznego szkoły zawodowej prowadzonej przez Christian Brothers): "Przez całe moje dzieciństwo nie spotkałem ani jednej osoby, która byłaby dla mnie dobra". Z tego wynika, że czarne zakonne owce nie były wyjątkiem tylko normą.
"Sadystyczne inklinacje łatwo (...) wykluwają się w środowiskach hermetycznych, silnie zhierarchizowanych, poddanych wewnętrznej dyscyplinie, wyposażonych dodatkowo w nieograniczoną władzę", czytamy w reportażu. Przez całe dziesięciolecia Kościelne placówki w Irlandii znajdowały się praktycznie poza wszelką kontrolą, choć oficjalnie podlegały ministerstwu oświaty. Państwo irlandzkie stworzyło więc warunki dla rozkwitu przemocy na tych "niedostępnych wyspach", za co zresztą premier oficjalnie przeprosił w 1999 roku, uruchamiając zarazem trwający do dziś proces wypłaty odszkodowań (na które Kościół złożył się tylko w ograniczonym zakresie). Wydaje mi się, że z tych irlandzkich doświadczeń mogłoby skorzystać państwo polskie, skwapliwie pozwalające Kościołowi na budowanie daleko posuniętej autonomii. Wobec instytucji wysoce zamkniętych i niedemokratycznych takich jak Kościół powinna obowiązywać zasada ograniczonego zaufania.
W końcowym akapicie artykułu czytamy, że "liczba powołań w Irlandii w ciągu ostatnich lat drastycznie zmalała. Najliczniejszy zakon - Christan Brothers - liczy dziś 250 członków, głównie schorowanych starców. Jak prorokuje tygodnik Irish Catholic, zakony w następnym pokoleniu prawdopodobnie zupełnie wymrą.Dla mnie to jedyny napawający optymizmem fragment tego tekstuW dzisiejszym "Dużym Formacie" lektura przygnębiająca, ale absolutnie obowiązkowa - "Bierz cukierka i milcz", o "niewolnikach Kościoła". Reportaż Katarzyny Surmiak-Domańskiej (oparty w znacznej mierze na książce Mary Raftery "Suffer the Little Children") jest anonsowany na pierwszej stronie jako tekst o "największym skandalu w historii Kościoła katolickiego w Irlandii", ale jest oczywiste, że sprawa ma wymiar wykraczający poza granice Irlandii.
Tekst jest na razie niedostępny w internecie, ale krótkie streszczenie daje wyobrażenie o rozmiarach skandalu: W maju 2009 roku Kościół katolicki w Irlandii przeżył największe upokorzenie w swojej sięgającej V wieku historii. Specjalna komisja pod kierownictwem sędziego Seana Ryana, powołana dziewięć lat temu do zbadania nieprawidłowości w tzw. szkołach zawodowych (industrial schools) prowadzonych przez Kościół, opublikowała końcowy raport. Wynika z niego, że 250 placówek, które przez lata funkcjonowały w świadomości Irlandczyków jako azyle dla zaniedbanych dzieci, było w rzeczywistości siedliskami sadyzmu, którego dopuściło się ponad 800 członków męskich i żeńskich kongregacji zakonnych. Już 12 tysięcy ofiar molestowania przez zakonników odebrało odszkodowania i zobowiązało się do dyskrecji. 800 przestępców w habitach, 12 tysięcy ofiar. Nie będę epatować czytelników opisami szykan, bicia, molestowania i brutalnych gwałtów (fizycznych i psychicznych), jakich siostry i bracia w Chrystusie dopuszczali się w tych ośrodkach, z których wiele zasługiwało z pewnością na mianę katowni. Nawet jeśli przyjmiemy, że niektóre ofiary wyolbrzymiają doznane cierpienia albo nawet je zmyślają (by wyłudzić większe odszkodowanie), skala zjawiska pozostanie i tak ogromna. Myślę, że żaden uczciwy człowiek nie może chować się w takim wypadku za formułkami typu "odosobnione przypadki", "zawsze znajdą się czarne owce" itp. Na mnie największe wrażenie zrobiły nie tyle opisy szykan, co to zdanie wypowiedziane przez Toma Hayesa (podopiecznego szkoły zawodowej prowadzonej przez Christian Brothers): "Przez całe moje dzieciństwo nie spotkałem ani jednej osoby, która byłaby dla mnie dobra". Z czego wynika, że czarne zakonne owce nie były wyjątkiem tylko normą. "Sadystyczne inklinacje łatwo (...) wykluwają się w środowiskach hermetycznych, silnie zhierarchizowanych, poddanych wewnętrznej dyscyplinie, wyposażonych dodatkowo w nieograniczoną władzę", czytamy w reportażu. Przez całe dziesięciolecia kościelne placówki w Irlandii znajdowały się praktycznie poza wszelką kontrolą, choć oficjalnie podlegały ministerstwu oświaty. Państwo irlandzkie stworzyło więc poniekąd warunki dla rozkwitu przemocy na tych "niedostępnych wyspach", za co zresztą premier oficjalnie przeprosił w 1999 roku, uruchamiając zarazem trwający do dziś proces wypłaty odszkodowań (na które Kościół złożył się tylko w ograniczonym zakresie). Wydaje mi się, że z tych irlandzkich doświadczeń mogłoby (choć zapewne tego w najbliższym czasie nie zrobi) skorzystać państwo polskie, skwapliwie pozwalające Kościołowi na budowanie daleko posuniętej autonomii. Wobec instytucji wysoce zamkniętych i niedemokratycznych takich jak Kościół powinna obowiązywać zasada ograniczonego zaufania. W końcowym akapicie artykułu czytamy, że "liczba powołań w Irlandii w ciągu ostatnich lat drastycznie zmalała. Najliczniejszy zakon - Christan Brothers - liczy dziś 250 członków, głównie schorowanych starców. Jak prorokuje tygodnik 'Irish Catholic', zakony w następnym pokoleniu prawdopodobnie zupełnie wymrą." Dla mnie to jedyny napawający optymizmem fragment tego tekstu.
środa, 26 sierpnia 2009
Czytam dziś w "Polityce" o bogatych Polakach i o tym, jak muszą się popisywać swoim bogactwem poza rodzimym krajem, bo zawistni rodacy by ich zagryźli, a na sytym Zachodzie mają dobre forum do prezentowania drogiej biżuterii, sportowych aut i luksusowych jachtów (minusem jest tylko to, że przwykli do dostatku widzowie bywają obojętni). Przykładem kaprysów bogaczy jest zdobywanie miejsc w szykownych restauracjach (np. w Barcelonie), które z zasady nie rezerwują stolików. Co w takiej sytuacji robi prawdziwy krezus? Poprzez suto opłacanych pośredników wynajmuje grupę osób, którzy siedzą od wczesnych godzin w takim lokalu i okupują stolik. Za wszystko, co skonsumują, płaci oczywiście nasz bogacz, który przylatuje własnym samolotem pod wieczór i może napawać się tym, że znów spełniono jego zachciankę - koszt nie gra roli. Przyznam, że taki pokaz próżności napawa mnie zdumieniem, obrzydzeniem, nie wiem, czym jeszcze, w każdym razie trudno mi zachować obojętność. Cóź, być może wychodzi na to, że jestem typowym zawistnym Polakiem opisywanym przez dziennikarkę "Polityki".
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Dziękując autorowi Czajniczka pana Russella za troskę o moje zdrowie umysłowe, chciałbym uspokoić: pogłoski o moim odejściu z "ateosfery do Pana" są przesadzone. Powtórzę po raz kolejny: to, że mnie dręczą pewne pytania, nie znaczy od razu, że rzucam się w objęcia Pana Boga (i mnie i wielu innym jakoś trudno dostrzec jego otwarte ramiona, gotowe by nas, zbolałych, objąć i przytulić).
Pisałem już, że podziwiam tych, których niewiara jest silnie ugruntowana i którzy mężnie opierają się pokusom wiary. Nie jest natomiast prawdą, że tęsknie spoglądam ku tym, którym dana jest "łaska wiary". Nie, spoglądam raczej z pewnym zakłopotaniem, gdyż pośród nich jest wielu moich przyjaciół i osób, które darzę szacunkiem. Jakoś nie przychodzi mi łatwo, by poklepać ich wszystkich protekcjonalnie po ramieniu i powiedzieć: "Wiesz, ta Twoja wiara to stek bdzur". Skoro w wielu dziedzinach są dla mnie autorytetami, zastanawiam się, jak to się dzieje, że tak bardzo różnimy się akurat w tej kwestii. Skąd to różne "ukierunkowanie" naszych umysłów, która pozwala im mówić ze spokojem "jestem wierzący", gdy dla mnie jest to stwierdzenie co najmniej osobliwe.
To, co mi nie daje spokoju w mojej niewierze, to poczucie bezsensu sytuacji, w której każdy człowiek w ciągu swojego życia "produkuje" ogromną ilość wrażeń, emocji, myśli, tylko po to, by obróciły się one - w przeważającej mierze - w nicość w chwili, gdy obumiera nasz mózg. Cóż za marnotrawstwo!
Oczywiście, pomysł z życiem wiecznym też nie jest bez wad. Mam poważne wątpliwości, czy chciałbym w nieskończoność przedłużać moje życie, z jego wszystkimi błędami, kłamstwami, porażkami. Z drugiej jednak strony, tak wiele jest momentów szczęścia, olśnienia, zachwytu, które chciałbym przechować w jakimś ponadczasowym skarbcu.
Program na dziś wygląda więc chyba tak: żyć tak, by jak najwięcej było chwil, które chciałbym na zawsze zachować, a jak najmniej tych, o których chciałbym szybko zapomnieć. W jaki sposób te cenne chwile zostaną przechowane, w czyjej świadomości, to już osobna kwestia.
Dziękując autorowi Czajniczka pana Russella za troskę o moje zdrowie umysłowe, chciałbym uspokoić: pogłoski o moim odejściu z "ateosfery do Pana" (Pokusa wiary) są przesadzone. Powtórzę po raz kolejny: to, że mnie dręczą pewne pytania, nie znaczy od razu, że rzucam się w objęcia Pana Boga (i mnie i wielu innym jakoś trudno dostrzec jego otwarte ramiona, gotowe by nas, zbolałych, objąć i przytulić). Pisałem już, że podziwiam tych, których niewiara jest silnie ugruntowana i którzy mężnie opierają się pokusie wiary. Nie jest natomiast prawdą, że tęsknie spoglądam ku tym, którym dana jest "łaska wiary". Nie, spoglądam raczej z pewnym zakłopotaniem, gdyż pośród nich jest wielu moich przyjaciół i wiele osób, które darzę szacunkiem. Jakoś nie przychodzi mi łatwo, by poklepać ich wszystkich protekcjonalnie po ramieniu i powiedzieć: "Wiesz, ta Twoja wiara to stek bdzur". Skoro w wielu dziedzinach są dla mnie autorytetami, zastanawiam się, jak to się dzieje, że tak bardzo różnimy się akurat w tej kwestii. Skąd to różne "ukierunkowanie" naszych umysłów, która pozwala im mówić ze spokojem "jestem wierzący", gdy dla mnie jest to stwierdzenie co najmniej osobliwe. To, co mi nie daje spokoju w mojej niewierze, to poczucie bezsensu sytuacji, w której każdy człowiek w ciągu swojego życia "produkuje" ogromną ilość wrażeń, emocji, myśli, tylko po to, by obróciły się one - w przeważającej mierze - w nicość w chwili, gdy obumiera nasz mózg. Cóż za marnotrawstwo! Oczywiście, pomysł z życiem wiecznym też nie jest bez wad. Mam poważne wątpliwości, czy chciałbym w nieskończoność przedłużać moje życie, z jego wszystkimi błędami, kłamstwami, porażkami. Z drugiej jednak strony, tak wiele jest momentów szczęścia, olśnienia, zachwytu, które chciałbym przechować w jakimś ponadczasowym skarbcu. Program na dziś wygląda więc z grubsza następująco: żyć tak, by jak najwięcej było chwil, które chciałbym na zawsze zachować, a jak najmniej tych, o których chciałbym szybko zapomnieć. W jaki sposób te cenne chwile zostaną przechowane, w czyjej świadomości, to już osobna kwestia.
PS. Nie bez wątpliwości, ale jednak przywróciłem, pierwotny tytuł blogu (Olaboga, życie bez boga), rezygnując z enigmatycznych "Przypływów i odpływów". Wyrzuciłem także z "nagłówka" cytat z "Traktatu teologicznego", bojąc się, że może to być nadinterpretowane jako "powrót syna marnotrawnego" na łono Matki-Kościoła.
piątek, 14 sierpnia 2009
Niech się nie cieszą pochopnie wyznawcy jedynie słusznej wiary (jakąkolwiek by ona była). Nie kłaniam się żadnemu bóstwu. Mam swoje wątpliwości, których - jak sądzę - nie da się rozstrzygnąć jednoznacznie na tak lub na nie. Więc raczej agnostycyzm niż ateizm. Czy to zmiana fundamentalna? Nie wiem. Sądzę, że gdzieś w głębi jestem w istocie taki sam, ale nieraz z trudem przychodzi mi siebie samego zrozumieć. W tym, co biorę za prawdę, za chwilę widzę tylko pozór prawdy albo wręcz fałsz. Jeśli ja się daję samemu sobie zwieść, to cóż mają począć ci, co mnie słuchają i na mnie patrzą? Nie ma jednej, prostej ścieżki prowadzącej do niezachwianej pewności. Na ogół widoczność słaba, ciężkie chmury nade mną, tylko czasami jakiś przebłysk, a może tylko omam. Taki los. |
Ostatnie notki
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||